
Paweł Narożnik
ur. 1981
Cytat
Nieświcz to niegdyś malownicza wieś z murowanym kościołem, szkołą, sklepami i restauracją. To tutaj w 1924 roku przyszła na świat babcia naszego rozmówcy – pani Izabela, z domu Baszeń. Rejon Łucki to istotne miejsce dla jej historii – w osadzie Sienkiewiczówka oraz Leonówka mieszkała rodzina. Na tych terenach w gminie Czaruków poznała swojego męża – Franciszka Narożnika, którego rodzice wraz z małymi dziećmi osiedlili się w Leonówce w 1921 roku. Ślubu młodej parze udzielał w katedrze w Łucku ksiądz Władysław Bukowiński – później błogosławiony Kościoła katolickiego zwany „apostołem Kazachstanu”, który oprócz wykonywania obowiązków proboszcza w katedrze ratował dzieci żydowskie i ukrywał je w rodzinach katolickich, dokarmiał i opiekował się masowo przybywającymi do Łucka ofiarami z ukraińskich czystek etnicznych, a także dożywiał jeńców sowieckich masowo umierających z głodu w niemieckim obozie jenieckim. Aresztowany w 1945 roku przez NKWD trafił do Gułagu.
Wołyń na początku XX wieku był miejscem wielu kultur i narodów – mieszkali tu obok siebie Polacy, Ukraińcy, Czesi, Niemcy, Rosjanie i Żydzi. Droga do miasta – Łucka prowadziła przez widoczne na horyzoncie podmokłe łąki, pośród drzew rozpościerało się malownicze zakole rzeki Styr oraz górujący nad nimi średniowieczny zamek Lubarta. – Babcia wspominała piękną katedrę, ale także naloty i płynące rzeką Styr ciała pomordowanych. To w mieście szukała schronienia po atakach band Ukraińskiej Powstańczej Armii. Długo nie chciała mówić rodzinie o tym, co tam przeżyła – mówi nasz rozmówca. – Kilka razy uniknęła śmierci, po tym już nie wyobrażała sobie tam życia. Po wcieleniu męża do wojska, została sama z córką Terenią. W 1943 roku sąsiadka Ukrainka przybiegła do domu, aby ostrzec rodzinę przed atakami. Udało się zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy, prowiant i schronić się w Sienkiewiczówce pośród rodaków organizujących samoobronę. To tam jeden z niemieckich osadników – rządca majątku Leopold Hampel zorganizował ewakuację ludności do Łucka. – Tam przeżyła horror nalotów, z małym dzieckiem na rękach przemieszkała półtora miesiąca chowając się w piwnicach katedralnych. Jedli co było pod ręką np. potrawkę z buraków cukrowych zaprawionych kiszonym barszczem.- mówi wnuk Izabeli.
Po zakończeniu wojny ogłoszono repatriację Polaków na odzyskane Ziemie Zachodnie. Znaczna część rodziny wyjechała w nowe granice Polski. – Kiedy babcia poszła do kościoła po metrykę dla córki proboszcz odradzał jej wyjazd – co Ty robisz, tam po 100 zł kilogram chleba, nie wyjeżdżaj, my Polacy nie możemy stąd wyjechać – Według jej relacji on politycznie podchodził do sprawy. Jeśli Polacy zostaną, to, może tu będzie Polska. Zimą, wagonami towarowymi Polacy jechali z Łucka w stronę Zamościa 10 dni. Start w nowe życie nie przebiegł jednak bez przeszkód – Babcia opowiadała, że „spod jednej siekiery się wyrwaliśmy pod drugą” – w czasie postoju pod Zamościem dochodziło do napadów rabunkowych. Przez ponad rok rodzina żyła w zawieszeniu, aż do 1946 roku. Znaleźli się na Ziemiach Odzyskanych w gminie Pszczółki. Tu do dzisiaj mieszkają wnuki i prawnuki. Nasz rozmówca z sentymentem odkrywa nowe informacje o rodzinnych losach podróżując po Kresach.

GALERIA



