
Dangira Łuka
z domu Wojciekian, ur. w 1943 r.
Ludzie zaczęli się psuć. Budynki zniszczyli, sad wycięli, staw zamienił się w bajoro. To kołchozy nas wygoniły.
Polscy mieszkańcy Świecian – dzisiaj małego, sennego miasteczka położonego blisko 100 kilometrów za Wilnem, w latach II Wojny Światowej doświadczyli wielu tragicznych wydarzeń zarówno ze strony Niemców, kolaborujących z nimi Litwinów oraz Sowietów. Masowe egzekucje, łapanki, obozy pracy, deportacje na Syberię, grabież mienia oraz słynne „rozkułaczanie”. Nie było to z pewnością wymarzone miejsce i czas na wychowywanie dzieci.
Pani Dangira przyszła na świat pośrodku wojny, we wsi Świrki koło Świecian. – Moi rodzice byli rolnikami, oboje zajmowali się uprawą roli, mieszkaliśmy w małej wsi, takim zaścianku bardziej. Zarówno matka jak i ojciec pochodzili z dosyć bogatych rodzin. Dziadkowie posiadali spore gospodarstwa, ale w czasie wojny nie przynosiło to przeważnie szczęścia. Jeden z dziadków jeszcze w latach 20-tych wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i przez siedem lat pracował za oceanem. Po powrocie zainwestował zarobione pieniądze w rozwój gospodarki oraz zakup ziemi – powstał nowy dom, stodoła, obory, posiadał także sporo zwierząt hodowlanych. Gdy matka pani Dangiry po ślubie zamieszkała wraz z mężem wiodło im się dobrze, tak jak pozostałym członkom rodziny – Mama wspominała, że najlepsze lata jakie spędziła, to były tam. Biedy nie było. – podsumowuje nasza rozmówczyni.
Wszystko odmieniło się wraz z wybuchem wojny. Z sowiecką okupacją rozpoczęły się deportacje na Syberię, które nie ominęły bliskich oraz sąsiadów. Z kolei po 1941 roku miejscowa ludność doświadczała niemieckich represji i zsyłek na roboty. Członkowie licznej rodziny zmuszeni byli do ukrywania się. – Uciekali kto gdzie mógł, przed Rosjanami i Niemcami. Ojciec pani Dangiry ginie, gdy ta ma półtora roku. Matka zostaje wdową w wieku 24 lat i decyduje się na kolejną przeprowadzkę do rodziny matki mieszkającej w pobliskiej wsi. Po wojnie przychodzi czas na przymusową kolektywizację gospodarstw. Cały pozostały majątek dziadków przeszedł w ręce powstającego kołchozu. W ciągu kilku miesięcy zniszczono budynki gospodarcze, pozostawiono jedynie dom. – Dziadek do końca życia nie mógł tego przeboleć – Jak to zabierają? Podatek mam zapłacony. Nic nie ukradłem, sam na wszystko zarobiłem swoją pracą. – opowiada pani Dangira. Matce pozwolono na posiadanie jedynie jednej krowy. Rodzina straciła resztę majątku, także ich okazały dom rodzinny. W tym budynku powstała szkoła podstawowa, do której uczęszczała nasza bohaterka. – Dziwne uczucie, nasz pokój był teraz klasą, gdzie się uczyliśmy. W pozostałych pomieszczeniach była teraz poczta. Po latach urządzono tam kołchozową stołówkę.
Matka wyszła drugi raz za mąż, w tym czasie w okolicy nadal trwały deportacje wybranych rodzin. – Siostrę ojca i jej rodzinę z czwórką dzieci wywieźli w 1954 roku. Jak w maju ich zabrali w Święcianach do wagonu, to w październiku byli w Krasnojarsku. Do Uralu jeszcze chociaż wrzątek dawali, za Uralem już nic nie dostali. Mamy koleżanka w następnym wagonie urodziła dziecko, suszyła pieluchy ciepłem swojego ciała, pod pachami. Dziecko przeżyło, ale ona zmarła. Sierotę wychowali sąsiedzi na Syberii i tam został.
W takich okolicznościach w połowie lat 50-tych matka i ojczym podjęli decyzje o wyjeździe do Polski w jednej z ostatnich fal repatriacji. – Sprzedaliśmy dom, zwierzęta i wszystko co mieliśmy. Za te pieniądze zakupiliśmy samochód – słynną Pobiedę. Jednak, żeby otrzymać pozwolenie na jej wywóz potrzebne było pozwolenie z Ministerstwa Transportu. – Mama osobiście jeździła do Moskwy, żeby otrzymać niezbędne dokumenty. Do podstawionych wagonów nie można było ładować mebli, ani gospodarczych przedmiotów. Samochód podróżował z nami na lawecie. Na Pomorze trasa wiodła naokoło – przez Przemyśl. Pobieda w Gdańsku została szybko sprzedana. – Kupiliśmy za to dwie krowy oraz konia. Można było zaczynać wszystko od nowa, w poniemieckim gospodarstwie.

GALERIA







