
Danuta Gregorczyk
z domu Baranowicz, ur. w 1938 r.
Po latach uśmiecham się, kiedy wspominam, że pół świata przejechaliśmy bez biletu. Do Kazachstanu.
Wieś była spora, po wojnie zamieszkania przez Białorusinów. Polacy, ci bardziej zamożni, zawczasu wyjechali do Polski. – tak o miejscu, gdzie się wychowała mówi pani Danuta. Sielce były położone w połowie drogi między Wilnem, a Mińskiem. Po wojnie mimo tego, że zdecydowana większość miejscowych Polaków udała się do Polski w jej nowe granice, rodzina Baranowiczów nie chciała zostawić swojego gospodarstwa. Liczyła, że jakoś uda się ułożyć życie w nowej rzeczywistości. – Tata jako dużo starszy od mamy, w momencie kiedy się pobrali był już zasobnym gospodarzem, posiadał spory majątek.
Pani Danuta trafiła do miejscowej szkoły, gdzie nauka przebiegała już w języku białoruskim i rosyjskim. Z miesiąca na miesiąc ilość polskich gospodarzy malała, a ojciec zaczął być nękany kolejnymi pismami o przekazanie majątku na rzecz kołchozu. W klasie byłam jedyną Polką. Reszta dzieci mówiła po rosyjsku. Pamiętam sytuację, gdy podczas jakiejś wizytacji w szkole nauczyciel przedstawił mnie tak „a wot kułacki rebionek” – a oto dziecko kułaka. Bolało mnie to głęboko w sercu. W 1949 roku nastąpiło aresztowanie ojca i większość majątku przejęto lub zniszczono. Mieczysław Baranowicz został skazany na 10 lat więzienia i odbywał karę w Wołkowysku. – Ojciec matki też został zabrany. Prosto z łóżka. Ciężko chory na astmę. – opowiada pani Danuta. – Babcia płakała, ale funkcjonariusze zapewniali, że będzie miał tam dobrą opiekę. Faktycznie pół roku później zmarł w więzieniu.
W 1952 roku reszta rodziny: matka z trójką dzieci oraz dziadkowie zostali zabrani ze wsi i odstawieni na pociąg. – Matka chyba coś przeczuwała, bo od jakiegoś czasu przygotowywała prowiant. Zabraliśmy ze sobą dwa wielkie worki sucharów oraz tarte i uprażone buraki, które można było zalać wrzątkiem. Oczywiście jak pozwolono nam go zdobyć, bo podczas postojów to też nie było łatwe. Podróż na wschód trwała miesiąc. Nikt nie znał miejsca docelowego. Deportowani spodziewali się mroźnej Syberii, tymczasem transport zmierzał w stronę upalnej Azji Środkowej. Celem podróży był rejon Saryagasz – najbardziej na południe wysunięty obszar Kazachstanu, tuż przy granicy z Uzbecką Socjalistyczną Republiką Radziecką. Na miejscu samochód ciężarowy podjechał pod wagony i rozwożono Polaków po kolejnych kołchozach tak, aby nie osiedlać zwartej grupy razem. – Żeby nie agitowali. Na szczęście babcia trafiła do miejsca oddalonego tylko 3 kilometry dalej od naszego pasiołka imienia Kalinina.
Pani Danuta wraz z matką i rodzeństwem zmuszona była rozpocząć nowe życie w bardzo surowych warunkach. – Przygotowali dla nas ziemianki. Jedno okienko i drzwi. To było wszystko. Początkowo spaliśmy na podłodze. Przynieśli nam jakieś kołdry. Miejscowo Kazachowie pomagali nowym mieszkańcom w aklimatyzacji i dostarczali jedzenie. W sąsiedztwie mieszkało kilka rodzin Niemców, którzy przebywali na wygnaniu o wiele dłużej. Głównym zajęciem wszystkich pracowników kołchozu były prace polowe. Bezkresne pola bawełny rozciągały się z każdej strony wioski. – W wielkim upale trzeba było zrywać białe kulki puchu do worków. Im więcej worków, tym większa zapłata, ale płacili z dużym opóźnieniem. Podstawą wyżywienia była kukurydza, której uprawa nie wymagała dużego nawodnienia ziemi.
Pani Danuta uczęszczała do miejscowej 7-klasowej szkoły. Po jej ukończeniu otrzymała dyplom za wzorowe zachowanie. Dokument ozdobiony był podobiznami Lenina i Stalina. Dopiero po śmierci tego drugiego z dyktatorów, kiedy represje wobec Polaków nieco zelżały, ojciec naszej rozmówczyni opuścił więzienie i mógł dołączyć do reszty rodziny w Kazachstanie. Już w komplecie Baranowiczowie usilnie starali się o powrót do ojczyzny. Dopiero w 1956 roku, po kilkunastu miesiącach oczekiwania na niezbędne dokumenty, trafili do Polski. – Przywieźli nas na tę samą stację, na którą trafiliśmy cztery lata wcześniej. Wagon już czekał na bocznicy, ale tym razem musieliśmy zapłacić za bilety. Kiedy wieźli nas do Kazachstanu nikt o nie nie pytał.

DOKUMENTY



