
Helena Strzedzińska
z domu Wołodźko, ur. w 1925 r.
Wilniuki to bardzo mili ludzie. Mimo, że minęło tyle czasu od kiedy wyjechałam tęsknię właśnie za tamtym Wilnem.
Moje ukochane Wilno… – tak rozpoczyna swoje wspomnienia pani Helena. – Urodziłam się tam i wychowałam. Szybko przywołuje kolejne argumenty świadczące o mocnej więzi z tym miastem – jej oboje rodzice pochodzili z Wileńszczyzny i tam się pobrali, mieszkali w samym sercu miasta. Pani Helena na wileńskiej Pohulance chodziła do szkoły, a na Antokolu i innych tamtejszych cmentarzach leżą jej bliscy. Nasze pytanie od razu kojarzy się z miłymi chwilami, bo przecież też takie się zdarzały, mimo przeżytej okupacji i wojennej zawieruchy. Tam poznała swojego przyszłego męża, z którym ożeniła się już w Gdańsku. Niestety, tak samo jak tysiące innych Polaków musiała opuścić to swoje ukochane miejsce, mając zaledwie dwadzieścia lat.
Jej ojciec, jeszcze za czasów zaborów służył w carskim wojsku. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zamienił profesję i został policjantem. Jednak łagodne usposobienie nie pozwoliło na kontynuowanie pracy. – Był bardzo dobrym człowiekiem i szybko pożegnał się ze służbą na własną prośbę. Nie potrafił wystawiać mandatów – żartuje pani Helena, jednak zauważa, że w dalszej rodzinnej opowieści mundury będą się jeszcze przewijać. Niestety w 1929 roku głowa rodziny, Stanisław Wołodźko odchodzi osierocając 4-letnią Helenę i jej młodszego brata. Matka po śmierci męża zmuszona była do podjęcia pracy jako krawcowa i to zajęcie stanowiło główne źródło utrzymania rodziny. Dosyć często zmieniali miejsce zamieszkania, wynajmując pokoje przy ulicy Wileńskiej, Mostowej czy Kalwaryjskiej – zawsze jednak w centrum miasta. Szkołę wspomina jako miejsce nauki oraz patriotycznego wychowania. – Nauczycielki bardzo dbały o polskość i potrafiły nam przekazać te ważne wartości, prężnie działały drużyny harcerskie, przed rozpoczęciem lekcji wspólnie się modliliśmy. Nawet dzisiaj pamiętam wyuczone wtedy wierszyki i piosenki, na przykład tę o „ułanach, którzy z wiarą silną odbiorą wrogom Wilno”. Ówczesne Wilno pamięta jako miasto kilku narodowości. Oprócz polskiej większości mieszkali w mieście Żydzi i Białorusini, ale jak sama to określiła – Przed wojną nie słyszałam na ulicach miasta litewskiej mowy.
Wybuch wojny i wkroczenie wojsk sowieckich we wrześniu 1939 roku pamięta bardzo dobrze – Mieszkaliśmy wtedy na poddaszu, słysząc wielki rumor na ulicy wyjrzałam przez okno i zobaczyłam obce wojsko, małe armaty ciągnięte przez konie. Mimo sporej wysokości, z której obserwowałam przemarsz, zauważyłam, że żołnierze byli bardzo brudni, umorusani jakby przeszli całą długą wojnę. Nie był to miły widok… ani zapach.
Pogarszająca się sytuacja, szczególnie groźne naloty bombowe na miasto skłoniły matkę pani Heleny do podjęcia decyzji do opuszczeniu Wilna i przeniesieniu się do pobliskiej wsi Zujuny. Tam pozostali u rodziny i musieli podjąć się różnych czynności, z którymi, jako dotychczasowi mieszkańcy dużego miasta nie mieli do tej pory do czynienia, takich jak praca na roli czy opieka nad zwierzętami hodowlanymi. Na szczęście dzięki umiejętnościom krawieckim matki udawało się zapewnić wystarczająco dobre warunki materialne.
Po ofensywie sowietów, brat unikając poboru do Armii Czerwonej, zaciągnął się do Berlingowców, i jako pierwszy z rodziny trafił na Pomorze. To on namówił matkę do szybkiego przyjazdu na „Ziemie Odzyskane”.
Decyzja była szybka, nie mieliśmy z matką żadnego cennego dobytku. W pociągu, który był podstawiony w podwileńskich Ponarach udało się „przemycić” rozkręconą maszynę do szycia, której transport do Polski był zakazany. Dzięki niej pierwsze lata po przyjeździe do Gdańska udało się nam zarabiać na utrzymanie – zauważa pani Helena.
W 1949 roku, w Trójmieście spotkała żołnierza, znajomego z Wilna, który już po kilku dniach się jej oświadczył. Propozycja została równie szybko przyjęta.

GALERIA














