
Janina Taruć
z domu Orzechowska, ur. w 1924 r.
Do Skowarcza po latach trafiła ułamana gałązka kwitnącego bzu, który rósł kiedyś przed domem na Wołyniu, w dalekiej Anatolji.
Urodziła i wychowała się na Wołyniu, we wsi o orientalnej nazwie Anatolja. Jej rodzice, tuż po ślubie wyjechali w 1921 roku z rodzimej Kielecczyzny w poszukiwaniu swojego miejsca na wschodzie Polski. W tym czasie miejscowy wołyński ziemianin parcelował swoje włości i przeznaczył je na sprzedaż. Na cześć swojego syna – Anatola, nazywał od jego imienia powstającą kolonię składająca się z kilkunastu zabudowań. Jednym z nich stał się rodzinnym domem dla rodziny Orzechowskich. Mieszkańcy wsi byli w większości osadnikami z Polski centralnej. Jednak wokół Anatolji rozpościerała się cała wołyńska mozaika narodowości i wyznań – Ukraińcy, Czesi, Niemcy, a w sąsiednim Łucku – sporą część stanowili Żydzi. Najbliższą świątynią katolicką był zabytkowy kościół we dużej wsi Nieświcz. W Anatolji funkcjonowała polska szkoła, która zapewniała 4-klasową edukację.
W 1938 roku umiera głowa rodziny i prowadzenie gospodarstwa spada na głowę matce i niepełnoletniemu jeszcze bratu. Wrzesień 1939 roku obszedł się w mieszkańcami Anatolii nad wyraz łaskawie, ale już sowieckie represje zapadły w pamięć jej mieszkańcom. Deportacje na Syberię dotknęły pierwsze rodziny i sąsiadów – Przez kilka dni na miejscowej stacji kolejowej stały bydlęce wagony do których radzieccy żołnierze ładowali nie przygotowanych do mroźniej podróży na Wschód. Głównie urzędników, nauczycieli, ich rodziny oraz osadników wojskowych. – wspomina pani Janina. Osadnicy, już od 1920 roku na mocy ustawy o nadawaniu ziemi polskim żołnierzom i ochotnikom otrzymywali od państwa ziemie na Wołyniu. Często byli to weterani wojny bolszewickiej i teraz nowa władza właśnie im jako pierwszym postanowiła wymierzyć swoją sprawiedliwość.
Prawdziwy wojenny koszmar dla mieszkańców wsi rozpoczął się jednak wraz z latem 1943 roku, kiedy zbrojone bandy Ukraińskiej Powstańczej Armii nasiliły swoją działalność. Armii nasiliły swoją działalność. Pod wpływem wiadomości napływających z ościennych wsi cała społeczność, w obawie przed nocnymi atakami Ukraińców chowała się w jedynym murowanym budynku we wsi. – Za dnia często uciekaliśmy w zboża w trosce o swoje życie, gdy w tym czasie posiadłości bywały plądrowane. Mimo trwających żniw mieszkańcy Anatolji przenieśli się do większych ośrodków: do Łucka albo pod opiekę do majątków, które zarządzane były przez Niemców. Pani Janina wraz z jedna z sióstr przeniosła się do posiadłości Korszów, gdzie zaciągnęły się do pracy jako pomoc kuchenna.
W tym samym czasie do innego majątku udała się matka wraz z pozostałym rodzeństwem. Trafili oni do odległej o 20 km na południe Sienkiewiczówki, gdzie z inicjatywy niemieckiego nadzorcy Leopolda Hampela powstawała spora jednostka samoobrony przeciwko ukraińskim partyzantom. Hampel podczas I wojny światowej, jako żołnierz armii austriackiej doświadczył pomocy ze strony Polaków i w tych ciężkich chwilach odpłacił po latach miejscowej społeczności. Zgromadził w posiadłości ziemskiej, którą zarządzał blisko tysiąc osób i wyposażył ich w broń, dzięki której mogli oni bezpiecznie trafić do Łucka. – Ten Niemiec był bardzo dobrym człowiekiem, uratował sporo Polaków – opowiada pani Janina.
Tymczasem męska część mieszkańców, która odwiedzała za dnia Anatolię i wspólnie młóciła zboże zazwyczaj na noc wracała do Łucka. Jeden z sąsiadów, który mimo niebezpieczeństwa postanowił zostać samotnie we wsi zginął z rąk UPA zamęczony w bestialski sposób. Podobny los spotkał także ukraińską rodzinę, która sprzyjała polskiej społeczności. Kościół z sąsiednim Nieświczu został sprofanowany, zdewastowany i podpalony przez banderowców. Anatolija została doszczętnie spalona podczas wkroczenia Armii Czerwonej na te tereny. Nasza rozmówczyni wraz z siostrą i bratem zaciągnęła się do 1 Armii Wojska Polskiego, który wraz z Armia Czerwoną zdobywała Wołyń w 1944 roku i wraz z wojskiem przedostała się na teren obecnej Polski.
Nigdy potem nie odwiedziła swojej rodzinnej wsi. Nie posiada praktycznie żadnych rodzinnych pamiątek oprócz świadectwa szkolnego wydanego w Anatolii. Kilkadziesiąt lat po wojnie tereny te odwiedził brat. – Opowiadał, że po wsi pozostała jedynie wąska ścieżka w miejscu głównej drogi, a po naszym domostwie nie było żadnego śladu, pozostała jedynie bujna roślinność.

GALERIA
