Natalia Czapska
z domu Wierzchoń, ur. w 1935 r.

Szkoła we wsi była po sąsiedzku, ale nie zdążyłam do niej pójść. Ja rosłam razem z wojną.

Polesie – tajemnicza kraina bagien na wschodzie ówczesnej Polski uważana była za najmniej rozwiniętą część kraju, z rzadką siecią dróg, praktycznie bez przemysłu. Zamieszkana była głównie przez prawosławną ludność, u której na próżno doszukiwać się ściśle wykształconej tożsamości narodowej. Sami Poleszucy, bo tak określa się mieszkańców Polesia, nazywali swoją mowę „po prostemu” i używali języka, który był faktycznie dialektem mieszanym języka ukraińskiego, białoruskiego i polskiego. Malownicze tereny, bagienne ostępy i niedostępne lasy stanowiły główny element tutejszego krajobrazu. Nieliczne miasteczka, wsie i chutory, których mieszkańcy nawet na co dzień ubierali się w lniane koszule – tzw. rubaszki, miejsca, gdzie podstawowym środkiem transportu były charakterystyczne dłubanki – proste łodzie zrobione z wyżłobionych pni drzew stanowiły inspirację dla ówczesnych artystów, fotografów i badaczy ciągle żywego folkloru.

W jednym z takich odległych, poleskich miasteczek – Dobrosławce urodziła się pani Natalia. Jej ojciec pochodzący z Lubelszczyzny, z zawodu policjant, został skierowany na wschodnie tereny Polski i tam poznał swoją przyszłą żonę. – W domu rozmawialiśmy tylko i wyłącznie po polsku, matka pochodziła z tutejszej „z dziada, pradziada” polskiej rodziny, ale na podwórku większość rówieśników to były białoruskie dzieci. – podkreśla pani Natalia. – Praca mojego ojca, jako urzędnika państwowego, polegała na częstych kontaktach z mieszkańcami i podróżach po okolicznych wsiach, konno, pieszo, ale najczęściej rowerem. Pamiętam, że tata dosyć szybko nauczył się rozmawiać z „tutejszymi” w ich języku i nie miał problemów z porozumiewaniem się, mimo iż pochodził z innej części Polski. Mama natomiast, oprócz zajmowania się domostwem i opieką nad nami często tkała na krośnie. Do dzisiaj w rodzinie przechowujemy blisko stuletnie, piękne obrusy z lnu, z charakterystycznymi poleskimi wzorami i haftami.

Rodzina państwa Wierzchoń zamieszkiwała drewniany dom, we wsi znajdowała się również szkoła podstawowa – jednak wybuch wojny nie pozwolił na rozpoczęcie nauki w niej. Już we wrześniu 1939 roku panią Natalię spotkała rodzinna tragedia. Ojciec, który jako mundurowy podlegał mobilizacji, podróżując pociągiem do miejsca zbiórki zginął, kiedy pociąg został ostrzelany przez niemieckie lotnictwo. W trakcie działań wojennych większość zabudowań rodzinnej Dobrosławki została spalona i rodzina musiała przenieść się w inne miejsce – do pobliskiego majątku położonego w lesie, który dzięki niedostępnemu położeniu nie był często nękany przez Niemców.

Tuż po zakończeniu wojny, kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu w Polski, która po wojnie uzyskała nowe granice, matka pani Natalii postanowiła wraz z czwórką dzieci przyjechać na Pomorze. Po kilkutygodniowej podroży wagonami towarowymi w 1945 roku dotarli do Tczewa, skąd przeniesiono ich na Żuławy. Oprócz najpotrzebniejszego dobytku: dokumentów, ubrań i krosna z Polesia udało się przetransportować także zwierzęta hodowlane – Kozioł już w Osicach wyrósł na wielkiego byka i straszył całą okolicę swoją postawą. – z rozbawieniem wspomina pani Natalia.

Dosyć często podróżowała w swoje rodzinne strony, szczególnie, że część rodziny pozostała w tamtej okolicy. – Odwiedzaliśmy siostrę mamy, która zamieszkała w Pohoście Zahorodzkim, miejscowości, gdzie ślub brali moi rodzice. Pamiętam, że byliśmy przyjmowani bardzo serdecznie, nie tylko przez rodzinę, ale także przez znajomych, którzy także tam zostali. Muszę powiedzieć, że mimo wszystko nie tęskniłam bardzo za Polesiem, szybko zaaklimatyzowałam się tutaj, na Żuławach i czuję, że tutaj jest mój prawdziwy dom. Nie ciągnęło mnie tam, czasami tylko wracam myślami w tamte strony, szczególnie kiedy słyszę moją ulubioną piosenkę „Polesia czar”… Mam ją nawet nagraną na kasecie, o tutaj, proszę posłuchać…

P39 S42 Łohiszyn (1:100 000 WIG – Mapa Taktyczna Polski 1924 – 1939)

GALERIA